W sobotę byłam na pierwszym od narodzin Hanki "branżowym" wydarzeniu - warsztatach dla nauczycieli muzyki w ramach projektu realizowanego w Instytucie Muzyki Wydziału Artystycznego UMCS w Lublinie. Spotkałam się z moim promotorem pracy magisterskiej, który osobiście zaprosił mnie na te warsztaty i był ich prowadzącym. Fajnie było wyrwać się z domu, pobyć trochę wśród innych zawodowców ;) . Może już niedługo znów wrócę do nauczania muzyki, kto wie...
Szkolenie było bardzo ciekawe. Dotyczyło nowoczesnych technologii, technik komputerowych i nowinek technicznych typu iPad, iPhone w nauczaniu muzyki w szkołach. Temat bardzo interesujący, na czasie i żałowałam, że nie mogłam zostać do końca warsztatów. Musiałam pojechać na basen i pomóc mojemu M i babci wybrać się z Lalą do domu po pływaniu...
Z samego rana w niedzielę wyjechaliśmy z Orkiestrą do Piły na koncert. To nie jest lekki kawałek chleba. Nie jest tak jak się może niektórym wydaje, że sobie pitu-pitu pogramy, poskaczemy na scenie i fajrant!
Przykładowy wyjazd wygląda tak. Najpierw prawie 9 godzin jazdy z Lublina do Piły (około 600km). Potem przygotowania (nie ma czasu na drzemkę czy jakiś dłuższy relaks po podróży, czasem nie ma nawet jak i gdzie....), wyładowanie busa, strojenie instrumentów, przygotowanie się: makijaż, strój. Dopiero gotowi wychodzimy na scenę, a tam montujemy się ostatecznie. Podłączamy kable, dostrajamy instrumenty - zwykle na scenie jest inna temperatura niż w pomieszczeniach przeznaczonych na garderoby, a instrumenty akustyczne są bardzo wrażliwe na zmiany temperatury, łatwo rozstrajają się pod jej wpływem... Po paru minutach ustaleń z akustykami można zaczynać.
A ja mam jeszcze Córę! Na szczęście jest nas zawsze dwoje, mój M zajmował się Hanką podczas próby i koncertu. Tym razem organizator udostępnił nam przyczepkę kempingową na garderobę, a w niej rozłożone łoże posłużyło Młodej za wybieg. Mogła rozprostować się, trochę pohasać...
Nie chciała jeść obiadku, który wzięłam dla niej z domu. Nie zmuszaliśmy jej. Wcześniej, po drodze zjadła sobie ziemniaka od cioci Agi z talerza...
Nie chciała jeść obiadku, który wzięłam dla niej z domu. Nie zmuszaliśmy jej. Wcześniej, po drodze zjadła sobie ziemniaka od cioci Agi z talerza...
To był ostatni dłuższy wyjazd w tym roku. Kolejne przyjdą pewnie dopiero na wiosnę.
A Wam jak minął weekend?

4 komentarze:
słodka niunia, a to pierwsze zdjecie tych swiatelek świetne !
a dziękuję
dzielna rodzinka! podziwiam Was:)
oj tam o tam... buziaki Kochana!
Prześlij komentarz