20.01.2013

Początki wielorazowego pieluchowania


Przez te ostatnie kilka dni ślęczałam nad stronami sklepów internetowych itp zajmujących się sprzedażą, ale także edukowaniem rodziców na temat tych nowoczesnych pieluch. I muszę przyznać, że jestem już kupiona!



Decyduję się na te pieluchy. Przede wszystkim ze względów ekonomicznych a także zdrowotnych. W tych pieluchach pupy nie odparzają się, nie przegrzewają, dziecko szybciej przestawia się na nocnik. Poniżej wklejam kilka linków, oszczędzicie czas, który ja poświęciłam na znalezienie informacji, macie gotowca.



LINKI do stron polskich producentów i sklepów:
http://dlapupy.blogspot.com/2013/01/pieluchujmy-oszczedniej.html
http://pieluszkomania.blogspot.com/
http://wizaz.pl/forum/showpost.php?p=38529611&postcount=2578
http://www.ekorodzice.pl/pieluszki-wielorazowe-jakie-wybrac,40,433,598.html
http://pupeko.pl/o-pieluszkach/ile-i-jakie-pieluszki-kupi
http://dlapupy.pl/pl/i/PORADNIK-PIELUSZKOWY/23
http://www.babyetta.pl/pl/i/PORADNIK-PIELUSZKOWY/19
http://www.maleme.pl/content/6-pieluszkowe-abc
http://pupus.iai-shop.com/Kalkulator-zuzycia-jednorazowek-cabout-pol-21.html

Pozostałe źródła (EN):
www.kellyscloset.com

Takie pieluchy można z łatwością zrobić samemu!! Wystarczy minimum umiejętności i trochę chęci - szmatki, sweterki z lumpexu przemienią się w super chłonne i wygodne pieluchy.
http://www.ekopieluchujemy.pl/content.php?page=uszyj.html#3

Filmiki: http://www.youtube.com




Namawiam was do przemyślenia tego tematu na poważnie! Ja widzę same plusy!

14.01.2013

Panika pierworódki

....im dłużej czytam fora i różne artykuły o tym jak przebiega poród od tej strony personalnej, technicznej i finansowej tym bardziej nie wiem czego mogę się spodziewać... chodzi mi o to, że czuję się coraz bardziej zagubiona w tym gąszczu informacji.

A oto obraz mojej PANIKI  w treści poniżej:

- szkoła rodzenia, tak, bo fajna atmosfera, bo ćwiczenia i nie, bo drogo, może w końcu okaże się że jednak będzie cc i wtedy szkoda czasu i zachodu było, a wydatków i tak sporo, więc może lepiej zostawić dla maluszka, a ja sobie jakoś poradzę?
- Ale ja nie chcę cc! - a koleżanki straszą, że nie dam rady naturalnie, a wtedy jakie znieczulenie przy cc?
- wszyscy odradzają narkozę, wiadomo chodzi o pierwszy kontakt z dzieciowiną, żeby BYŁ, a nie jakieś majaki senne przez mgłę...
- Ale czy w szpitalu który wybrałam mogę sobie wybrać znieczulenie inne, no właśnie, ale jakie?
- Skąd mam wiedzieć to wszystko o czym piszą dziewczyny, które już mają to doświadczenie za sobą? w szkole rodzenia o tym mówią?
- co to znaczy opłacona położna?to ja mam komuś płacić? a nie że na NFZ? skąd mam wziąć numer? ile to kosztuje? a jak nie zapłacę to co? potną mnie, dzieciuli nie wyjmą czy jak?
- lekarz, chodzę do tego, który pracuje w wybranym szpitalu na poród - i co to mi daje? chyba nic, skoro i tak położna rządzi, a ja jej nie znam....ale może lekarz zna i zadzwoni jakby co, powie, żeby zadbała... no szok!!
- wolę już chyba rodzić w domu - całe wieki kobity rodziły, to o co chodzi? o kasę za zabiegi itp? - czytam w necie, że "W Lublinie nie ma takiej możliwości, brak położnych, które odbierałyby porody w domach ciężarnych.."cóż, przecież głową muru nie przebiję! 

- mój M mnie pociesza, "Pomogę Ci Skarbie.." biedny, nie wie chyba co mówi, co on mi może pomóc? swoje już zrobił, a teraz sama z tym wszystkim jestem na głowie, przeć za mnie będzie? co za rękę potrzyma? i co mi to da? "Po też ci pomogę, będę cały dzień w szpitalu przy tobie siedział, nie martw się" - przecież go wygonią! a ja nie mam pojęcia co z berbeciem robić, jak i kiedy? położna ma mi ponoć wszystko wyjaśnić na miejscu, już po...
- a z drugiej strony, jak czytam "Położna była złośliwa, że chodziłam do konkurencyjnej szkoły rodzenia, specjalnie, złośliwie...." ludzie! no nie chce mi się wierzyć, że kobitka, która przyjmuje ileśtam porodów tygodniowo, zaprząta sobie głowę takimi rzeczami... trochę więcej wiary w ludzi! I trochę Nadziei!

- Podsumowując - od czasu do czasu dostaję tego ataku  myśli, wątpliwości, pytań, które pozostają bez odpowiedzi... i wracam zawsze do "normy" myśląc "Bozia mi pomoże, wszystko w rękach Pana" i od razu mi lepiej....

15.11.2011

Remont

Od zeszłego wtorku toczę walkę. Z kuchnią i z samą sobą. Okazuje się, że doskonale wiem czego NIE chcę, ale już mam wielkie kłopoty z określeniem co CHCĘ.

Na pewno nie będzie szafek w stylu "szyk-błysk i aluminium". Na pewno nie postawię na ciemne barwy okleiny drewnopodobnej. Na pewno nie będzie wyspy.



Zaczęło się od wielkiego odgruzowania. Pomieszczenie od czasu premiery Matrixa jedynki w kinach, nie było tak porządnie wysprzątane. Brud, kurz i inne niespodzianki pod starą wykładziną - z tym się zmagaliśmy przez pierwsze godziny, a potem było już tylko gorzej... Stara tapeta tak bardzo przyzwyczaiła się przez 20 kilka lat do pobytu na tych dwóch i pół ścianach, że nawet po wielokrotnym namoczeniu i zdarciu kilku wierzchnich jej warstw nie dała się przekonać do zejścia. Koło czwartku mieliśmy oczyszczone ściany z tapety i jej marnych resztek i mogliśmy przystąpić do malowanie itp. W międzyczasie zostały przeniesione rurki z wodą w troszkę inne miejsce i zakupione różności niezbędności - farba, płytki, panele, klej do płytek, pędzle, packi, grzebienie do kleju, poziomice, piła do płytek.... nawet zamówiłam meble kuchenne! 



Chciałam, żeby moja pierwsza w życiu kuchnia była ciepła, przytulna, miła, kojąca. Ostatni rok był dla mnie raczej ciężki. Może stąd tęsknota za takim ciepłem domowym, spokojem...

Na meble czekam. Jeszcze 3 do 4 tygodni...i się okaże czy dokonałam dobrego wyboru. Czy szafki pasują do podłogi, czy gałki pasują do stylu, czy styl pasuje do idei, czy blat do glazury i czy wszystko zmieści się w zaplanowanym miejscu. 

I czy ja zmieszczę się ze swoimi wątłymi zasobami przyborów kuchennych w zakupionych szafkach. Nie mogę się już doczekać efektu końcowego. Na razie wygląda to wszystko trochę niepokojąco..





Efekt końcowy - data 20.02.2012





7.11.2011

Powrót

I'm back! Szczęśliwie powróciłam z Frankfurtu chwilkę temu. Wyjazd męczący fizycznie i psychicznie. Wtorek 1300km - środa koncert - czwartek 1300km - HOME SWEET HOME.


Messe Frankfurt - trzecia co do wielkości hala wystawiennicza na Świecie

1.11.2011

Wieczorowa pora wyjazdu

Dziś w nocy znowu wyjeżdżam. Lubię to, a właściwie polubiłam ostatnio, od kiedy jeździ ze mną M. Wcześniej, te dni kiedy byłam poza miastem ciągnęły się w nieskończoność, lecz jakież miłe były powroty! I przywitania... A teraz. Codziennie witamy się i żegnamy, póki co, tak zostanie. On codziennie mówi, że tęsknił, że bardzo i że nie mógł się doczekać chwili gdy znów mnie zobaczy. To miłe. Też tak czuję. M jest dla mnie teraz niczym narkotyk, nie chcę bez niego żyć. Z nim jest mi lepiej, jestem weselsza i śmielsza, powoli zaczynam wierzyć, w siebie, jaką mnie widzi M. „Jesteś piękna” słyszę i śmieję się z niedowierzaniem. Dla niego jestem, a co mnie obchodzi reszta?! Nic, a nic. „Jesteś taka mądra” i tu nie sposób się z M nie zgodzić.. Każda z nas lubi komplementy. Rzadko do tej pory je słyszałam pod swoim adresem.  Mam kompleksy, pewnie! I to jakie! Dzięki niemu troszkę zepchnęłam je w głowie do głębszej przegródki, niech sobie tam leżą, może z czasem o nich zapomnę, jak o siatce leków, którą „odkryłam” w komódce, w sypialni, wczoraj. Mieszkam tu już ponad pól roku, siatkę schowałam pewnie jakoś podobnie, z pół roku temu. Zapomniałam o istnieniu tych wszystkich pigułek. Przydały się już dzisiaj, kiedy zerwałam się z samego rana o 10:12 z przeraźliwym, migrenowym bólem głowy, który mimo zażytych dwóch tabletek od Goździkowej utrzymuje się do tej chwili, gdy sporządzam ten wpis... Przede mną i moją migreną ponad 14 godzin jazdy do Frankfurtu. Muszę naładować wszystkie sprzęty elektroniczne, które zwykle towarzyszą mi w moich podróżach – laptopa, komórkę, aparat, mp3. Żebym tylko niczego nie zapomniała...

Mój dom kilka tygodni temu...

26.04.2011

Wielkanocne przejażdżki

W tym miejscu ten kto się jeszcze waha nabierze pewności, a ten kto się jeszcze nie zakochał na pewno to zrobi. No tak pięknie tam było, że aż mdliło. I te motylki fruwające parami, bażanty w wysokiej trawie i pięknie trelujące ptactwo - i to wszystko 10 minut drogi od centrum miasta! W życiu nie przypuszczałam, że tak może być pięknie właśnie w moim mieście!

A ... On pokazał mi to miejsce. Było cudnie. Jak w słodko - cukierkowym filmie.



Do tego wszystkiego przez sam środeczek łączki płynie tam strumyk, a jego brzegi gdzieniegdzie łączą betonowe słupy, tworząc wąskie kładki. Słońce grzało nas w plecy, a delikatny wiaterek rozwiewał grzywki. Uwielbiam to.

Następnego dnia miała być powtórka, lecz deszcz przekreślił plany na wielkanocny piknik na "łonie". Dopiero w poniedziałek mogliśmy wyruszyć na przejażdżkę:


Było super. Już się bardziej wyluzowałam, starałam się nie napinać niepotrzebnie mięśni. Nie miałam też żadnych "przygód", ślizgów, upadków itp. Starałam się radzić sobie w każdej sytuacji sama. Po piachu? - proszę ! , po żwirze? - proszę!, a może kawałek polną drogą z koleinami? - a jak! raz się żyje!

Do wynajdywania cudownych miejsc na posiad ma M talent! Piękne widoki na pola, łąki i las - byliśmy osłonięci od ludzkich oczu i uszu. Opalaliśmy się. Korzystając z chwilki przerwy ustaliliśmy dalszy przebieg naszej traski i postanowiliśmy odwiedzić koleżkę w Nałęczowie. Potem wyruszyliśmy na pojezierze, tylko że troszkę okrężną drogą.


W drodze powrotnej przekroczyłam swoją rekordową prędkość i teraz mogę mówić już, że jechałam 140 km/h na Suzuce Anetki! Wiem, że nie ma się czym chwalić i broń Boże, nie zamierzam pobijać swoich rekordów prędkości, nie mam ambicji pokonywania kolejnych kilometrów!

Z ciekawości jak to jest odważyłam się odkręcić "łychę". A to moto ładnie daje się prowadzić.. no może nie mam porównania. Nie mogę się doczekać mojej pociechy. Wtedy nawet dzikie trakty nie będą mi straszne! Ahoj przygodo!