03.02.2014

Mikołajowa Wilia



WIGILIA (z łac. vigiliare - czuwać oraz vigilia - straż nocna, warta, czuwać) 

Panował na wsi zwyczaj podwieszania pod sufitem gałązek jodły, zwanych podłaźnikiem, podłaźniczką czy sadem. Gałązki te strojono niezwykłymi ozdobami (w kształcie kul lub gwiazdek). Ozdoba miała chronić ludzi i dobytek przed złym, ale także ...


....zapewnić szczęście i dobrobyt. Podobne znaczenie miał zwyczaj rozstawiania snopków zboża w kątach, wykładanie podłóg i ław słomą, czy wreszcie wsuwanie siana pod obrus.

Tego dnie nie wolno było pluć, kłócić się, wylewać brudnej wody, prząść ani szyć. Nie wolno też było niczego pożyczać (w niektórych regionach wierzono, że kobieta, która przychodziła tego dnia z zamiarem pożyczenia czegoś, jest czarownicą). 

Wszystkie prace (w gospodarstwie i domu) należało zakończyć zanim zapłonęła pierwsza gwiazda. Wierzono, że wieczór i noc są czasem cudownym: ziemia otwiera się i pokazuje swe skarby, woda w strumieniach zamienia się w wino, a zwierzęta przemawiają ludzkim głosem.

Tego wieczora czekano na niezwykłych gości - dusze zmarłych. To dla nich właśnie przeznaczona była wieczerza, na której podawano tylko postne (typowe dla styp pogrzebowych) potrawy. Zanim się siadło na ławie czy stołku, należało wcześniej na niego dmuchnąć, gdyż mogła tam siedzieć dusza. Stąd też zwyczaj zostawiania wolnych miejsc – dla zmarłych i nieobecnych (obecnie tłumaczony oczekiwaniem na samotnego wędrowca). 

Samą kolację spożywano w milczeniu, bez gwałtownych ruchów, nie wolno też było wstawać od stołu ani przerywać posiłku. Jeżeli ktoś musiał przerwać jedzenie, trzymał łyżkę w zębach (nie wolno jej było odkładać). Każdy w czasie posiłku powinien mieć widoczny cień, a liczba osób powinna być parzysta (nieparzysta liczba oznaczała śmierć jednej z nich w ciągu roku). 

Przed posiłkiem dzielono się opłatkiem i składano sobie życzenia.            

Wigilijna wieczerza (zwana też obiadem wigilijnym, wilią, wigilią, postnikiem, pośnikiem) powinna mieć nieparzystą liczbę potraw, ale wszystkie one musiały być bezmięsne. 

Jadano:
  • barszcz z żytniej mąki, barszcz z czerwonych buraków, siemieniec (zupa z siemienia lnianego), grochówkę, zupę grzybową, polewkę z maku, zupę rybną, zupę migdałową,
  • pierogi z kapustą (grzybami lub owocami), kaszę gryczaną z sosem grzybowym, kluski z makiem i miodem, kapustę kiszoną, śledzie, groch, fasolę, ryby,
  • pierniki, pierniczki, łamańce, struclę z makiem, kutię, makówki, makiełki,
  • kompot z suszonych owoców, kisiel żurawinowy lub owsiany.

Wróżby: kto znalazł jedno czarne ziarnko w białej fasoli ten będzie miał szczęście; 
ile kto pestek ze śliwek zebrał – tyle lat życia miał przed sobą. 

Po posiłku nadchodził czas na wspólne śpiewanie kolęd i snucie niezwykłych opowieści. Dziewczęta na wydaniu wybiegały do ogrodu i nasłuchiwały, z której strony psy szczekają – stamtąd miał nadjechać mąż. 

Co roku w styczniu Mikołaje zbierają się wraz ze swoimi przyjaciółmi i znajomymi w jakimś ciekawym miejscu i urządzają sobie "Mikołajową Wigilię". Śpiewa się kolędy, robi się zabawki świąteczne, opowiada historie, przebywa się razem. W tym roku wybraliśmy się na wigilię całą trójką, pierwszy raz. 


Do chałupy położonej we wsi w gminie Żółkiewka wyjechaliśmy razem z Pehem z lubiefotografie.pl. Kiedy zjechaliśmy z drogi krajowej okazało się, że sytuacja śniegowa jest poważna, nie było dojazdu do miejsca imprezy i musieliśmy zostawić busa przy drodze. 





Podczas parkowania bus zapadł się prawym przednim kołem w rowie. Miałam chwilę grozy. Bałam się, że się za bardzo przechyli na bok i całkiem na nim położy... Myśleliśmy, że trzeba będzie wzywać ciągnik, żeby nas wydobył z rowu. 


Całkiem przypadkiem przejeżdżali tamtędy panowie samochodem terenowym z napędem 4x4. Udało im się po odkopaniu śniegu spod busa jakoś go wyciągnąć na linie.




Wypakowaliśmy torby na sanki, Hankę włożyłam w śpiworek, zamotałam na niej chustę wełnianą i wyruszyliśmy drogą przez pole i las, do chałupy Agnieszki i Marcina.


Szliśmy bardzo wolno, bo marsz utrudniały zaspy śniegu, miejscami sięgające po pachwinę! Co raz zapadaliśmy się po udo w miękkim śniegu, trzeba było się wyczołgiwać i próbować iść dalej. Byłam momentami tak zmęczona niesieniem Hanki, że ręce mi same opadały, mdlały z wysiłku. Droga przy lesie była całkiem zawiana. Zeszliśmy w las, bo tam, pomiędzy drzewami i krzakami śniegu było trochę mniej. W końcu dojrzałam małe światełko w ciemności. 


W środku wydawało się z początku, że jest gorąco. Ale po pewnym czasie, jak już odpoczęliśmy po wędrówce, trzeba było się ubrać cieplej. Chałupa stoi nieogrzewana od lata i w jeden wieczór nie ma szans, żeby ją dobrze nagrzać. Wiedziałam, że tak będzie i miałam przygotowane ciepłe ubranko dla Hani. 


Przez te ogromne zaspy nie tylko my mieliśmy problem z dotarciem do chałupy. Byli też tacy, którzy na nartach i rakietach śnieżnych bez większych problemów doszli od drogi do Marcinowej.


Na kuchni grzały się różne potrawy. Bogdan smażył racuchy i podpłomyki. Jedni pomagali w kuchni, inni śpiewali w izbie kolędy, wszystkie możliwe od A do Z (z tego co pamiętam skończyliśmy na J...).




Wieczerzę rozpoczął Bogdan od podziękowań za miniony rok i ogłosił wyniki swojego mini plebiscytu na Człowieka Roku 2013. Wyróżnił tym razem Ewę i Grzegorza. Potem dzieliliśmy się podpłomykami, składaliśmy życzenia sobie wzajemnie. W ciasnej izbie, w której stał dłuugi stół, kilka krzeseł, ława i dwa stare, drewniane łóżka trochę ciężko było się poruszać...













Koleżanki dziwiły się, że chciało mi się na taki wyjazd zabierać pieluchy wielorazowe, ale dla mnie to już jest tak naturalne, że nawet przez chwilę nie pomyślałam o zabraniu jednorazówek. Z resztą, nawet nie mam żadnych w domu ;).





Hania zasnęła mi na rękach. Opatulona w szal spała parę godzin na łóżku Dziadka. Mieliśmy wracać w nocy, ale kiedy wyszłam z chałupy do wygódki i poczułam na sobie przeraźliwe zimno, spotęgowane przez porywisty wiatr przekonałam resztę, że lepiej będzie poczekać do rana. Nie chciałam wychodzić w noc, do lasu, na takie zimno i ten śnieg...


Dostaliśmy łóżko Dziadka do spania. Spaliśmy My i Pehy - razem 5 dusz. Położyliśmy się w poprzek, a nogi wsparliśmy na krzesłach przystawionych do boku łóżka. Reszta biesiadników jeszcze długo czuwała przy stole, śpiewając piękne piosenki, Grechuty, Okudżawy...

Większość spędziła noc na karimatach, w śpiworach, na podłodze. Co jakiś czas trzeba było dorzucić drwa do kozy, która stała w kącie izby i nie dawała rady...


Hania przespała pięknie do rana i nawet śmiałam się, że chciałabym, żeby tak ładnie spała mi w domu.. Rano, po śniadaniu zebraliśmy swoje rzeczy, pożegnaliśmy się ze wszystkimi i powoli wyruszyliśmy w drogę powrotną. W końcu, w świetle dnia można było rozejrzeć się po okolicy.





Wszystkie drogi dojazdowe były zasypane. Ale rano śnieg był już trochę zmrożony i jakby ubity - łatwiej było iść, kiedy aż tak mocno nie zapadaliśmy się w nim.


Znów skorzystaliśmy z leśnej "ścieżki". Hania zasnęła u Taty na rękach i obudziła się dopiero w domu.
















7 komentarzy:

Ania pisze...

Ale przygoda :) musiało być fantastycznie :)

Agnieszka Jodłowska pisze...

super przygoda, pozazdrościc :)

Beata B pisze...

Ale wy jesteście dzielni. Bałabym się tak z dzieckiem, wściekała, że muszę iść po kolana w śniegu z Maluchem na rękach i nie zdecydowała się iść gdzieś gdzie chłód i tłok. A wszystko co napisałam sprowadza się do tego, że Was podziwiam! To podejście do życia, odwagę i optymizm!

Aneta Sawicka pisze...

Klimatyczną tą Wigilię mieliście:) Ja bym nigdy nie odważyła się z takim Małym dzieckiem wybrać na taką wyprawę w zimie, śniegu i zimnie! Brrr

Monika dz. pisze...

suuper

Asia pisze...

Hania jest super-bobasem :) Aniu, świetna relacja i zdjęcia znacznie ciekawsze niż moje. Dzięki :)

Karlita CałyŚwiatKarli pisze...

ALe mieliście śnieżną wyprawę!! Takie spotkania zapadają na długo w pamięć :D