09.06.2015

Tetra w przedszkolu? Da się.




Pierwsza wizyta w przedszkolu

Pod koniec lutego stało się jasne, że dla dobra naszej rodziny musimy zapewnić Hani opiekę na czas pobytu mnie i mojego M w pracy. Od razu właściwie wiedziałam, że na państwowy żłobek ani przedszkole nie mam co liczyć. Swoje kroki skierowaliśmy do niepublicznej placówki, na naszym osiedlu. Po opiniach kilku osób z naszego najbliższego otoczenia wiedzieliśmy, że przedszkole jest przyjazne, lokal odpowiednio dostosowany do maluchów i właściwie wszystko to potwierdziło się podczas naszej pierwszej wizyty.


Najpierw zajechałam tak "badawczo" w celu rzucenia okiem na wnętrze, zrobiłam telefonem kilka zdjęć, żeby pokazać mężowi i troszkę zapowiedzieć Hani, że oto dużymi krokami zbliża się wielka zmiana w jej życiu. Pierwszą rozmowę, jak się potem okazało, przeprowadziłam z panią Elewinką (tak nazywa ją nasza Córa) - nauczycielką grupy najmłodszej! Dowiedziałam się ogólnie o zasadach panujących w placówce, pani opowiedziała troszkę o planie dnia, o tym jakie dzieci są w grupie najmłodszej, jakie są zajęcia dodatkowe itd. 

Tetra w przedszkolu? AZS?? Dieta???

Aby sfinalizować sprawę pojawiliśmy się całą trójką, ja, Hanka i mój M w gabinecie pani dyrektor i właścicielki przedszkola. Córa obejrzała sale, zabawki, poznała panie, zobaczyliśmy łazienki i szafki na rzeczy dzieciaków. Po krótkiej rozmowie, wymianie informacji, zdecydowaliśmy się podpisać umowę i od następnego dnia przyprowadzać Hanię do przedszkola. Na sam koniec, dodam, że zupełnie niezamierzenie, ot tak wyszło, wspomniałam o tym, że Hania cierpi z powodu AZS (w tamtym czasie miała widoczne zmiany skórne na buźce, rączkach, nóżkach, pleckach i brzuszku), o podłożu alergicznym i że prawdopodobnie wymagać będzie specjalnej diety - panie dyrektorki przyjęły tę informację z troską, ale i spokojem. Placówka zamawia posiłki w firmie cateringowej, która w swojej ofercie posiada dania uwzględniające specyficzne potrzeby dzieci. Reakcja pań bardzo mnie uspokoiła i dodała odwagi by powiedzieć o naszym "niepopularnym" sposobie pieluchowania Hanki... ku mojemu zaskoczeniu panie na tę wiadomość również zareagowały ze spokojem i bardzo profesjonalnie. 



Pierwsze koty za płoty, czyli jak to było na początku

Od razu ustaliliśmy, że to Tatuś będzie Hanię prowadził rano do przedszkola, a po południu będziemy odbierać ją na zmiany, w zależności od mojego planu i różnych wypadków po drodze. 

Uprzedzaliśmy Hankę, że następnego dnia pójdzie do dzieci, mówiliśmy, że będzie się bawić, że zje obiadek, będzie leżakowanie - o wszystkim z nią rozmawialiśmy i opowiadaliśmy o tym co ją czeka. Bąbelcia na wieść o tym, że idzie "do dzieci" bardzo się ucieszyła i wszystkim chwaliła. 
I tak Hanka rozpoczęła swoją nową drogę w edukacji przedszkolnej, w grupie Żabek. 

Pierwszego dnia mąż był z Hanią przez jakieś 1,5 - 2 godziny. Myślę, że i tak było to za długo, bo Hanka świetnie odnajduje się w nowych sytuacjach, ale Tatuś Córunię musiał troszkę dłużej pod skrzydłem przechować, mieć pewność, że się bidulka nie popłacze, jak on zniknie za drzwiami przedszkola. Nie popłakała się. Podczas tego pierwszego dnia, adaptacyjnego, mój M poinstruował panią nauczycielkę jak zapinać Hani pieluszkę kieszonkę, przekazał ubranko na zmianę i woreczek na mokre pieluszki. Pani Elewinka nigdy nie sprzeciwiała się naszym pieluszkom, była ciekawa jak ten system się sprawdza i czemu akurat na taki się zdecydowaliśmy i na te pytania mąż udzielił jej wyczerpujących, jak mniemam odpowiedzi ;) . Po każdym dniu dostawaliśmy woreczek z 1-2 brudnymi pieluszkami. Stopniowo ilość pieluszek zmniejszyła się do 1. Obecnie Hania już nie nosi pieluszki do przedszkola - woła siusiu i korzysta z toalety, a kieszonkę ma zkładaną tylko na drzemkę.


Nie ma lekko, Hanka to królowa przedszkola!

Hania od pierwszego dnia pięknie zjadała obiadki, samodzielnie, zasypiała na leżaczku w porze drzemki (!), bawiła się z dziećmi i notorycznie uciekała z sali....

Na to uciekanie pani Elewinka szukała różnych sposobów i nic niestety nie mogła poradzić, Hania dalej uciekała, forsując różne blokady i przeszkody montowane w przejściach między salami przez panie wychowawczynie!

W końcu stanęło na tym, że to przedszkole dostosuje się do Hani, a nie na odwrót - grupa najmłodsza zmieniła salę i z przejściowej, z trzema wejściami przeniosła się do takiej z jednym wejściem i drzwiami prowadzącymi do leżakowni dla najmłodszych dzieci. Wszyscy byli zadowoleni (tak myślę), bo grupa zyskała nowe pomieszczenie i w ten sposób maluszki "rozbijają" się aż w trzech salach! W jednej bawią się i rysują (jedzą) przy stoliczku, w drugiej są leżaczki i zabawy ruchowe, a w trzeciej śpią najmłodsze.

W grupie Hanki jest 9-cioro dzieci. W wieku od 10 miesięcy do 2,5 roku. Około 1,5 miesiąca temu do grupy została zatrudniona jeszcze jedna pani nauczycielka. Koszt miesięczny około 450 - 500zł (ok. 5 zł za 1godz.) z wyżywieniem (śniadanie+obiad+podwieczorek).

PS.

Te pierwsze dni w przedszkolu były oczywiście dość stresujące, ale okres adaptacji Hani przebiegł błyskawicznie i bez żadnych awantur czy ataków płaczu. Było to dwa miesiące temu i dziś z perspektywy czasu wiem, że był to odpowiedni moment na posłanie Hanki "do dzieci". Ale każdy maluch jest inny, każde dziecko rozwija się w swoim tempie, więc jeśli Wasze pociechy inaczej reagują, a Wam wydaje się, że jeszcze nie są na taką zmianę gotowe to pewnie macie rację. Zawsze trzeba brać pod uwagę nie tylko nasze potrzeby i konieczność jaką stwarza sytuacja życiowa, zawodowa, ale przede wszystkim dobro dziecka.

Jeśli macie jakieś pytania odnośnie tematyki przedszkolnej to śmiało piszcie w komentarzach - pozdrawiamy!

9 komentarzy:

Aneta Sawicka pisze...

Dzielna dziewczynka:) Ja jeszcze nie wyobrażam sobie Filipka w przedszkolu.

Violianka pisze...

Tak jak pisałam, ona już się w domu wyrywała do dzieci, miała dosyć towarzystwa tatusia i raz w czas swoich braci ciotecznych... teraz ma koleżanki, jest lubiana, bardzo się usamodzielniła (sama zakłada i zdejmuje buty, zapina rzepy, ubranka zdejmuje, ustawia w szafce, korzysta z toalety, sama je). To już duża dziewczynka, jak sama o sobie mówi ;)

A dla Filipka też przyjdzie czas. Odpowiedni. Pozdrawiamy Waszą rodzinkę!!

Dorota W. pisze...

Jeeej... super warunki w przedszkolu. U nas w naszej miejscowości nie ma przedszkola, jest w sąsiedniej. Niestety - nie ma diety dla dzieci z AZS. Śniadania + drugie śniadania z reguły są mleczne. Na obiad zdarza się np. sałata ze śmietaną, czy śmietanowy sos, kluski z serem białym. Za wyżywienie trzeba płacić niezależnie od tego czy dziecko będzie jadło czy też nie (100zł). Nie ma opcji żeby przynosić posiłki samodzielnie. Niestety Córcia ma dość silną alergię na nabiał, wysypuje ją od razu na całym ciele, więc z wizją przedszkola się pożegnaliśmy i w tym roku... :( Pozostają nam wyjazdy "do dzieci" popołudniami na place na świeżym powietrzu, czy też sale zabaw. Jednak co miasto to miasto, wieś pod tym względem jest w tyle.
P.s. Hania hipnotyzuje wzrokiem :D co za spojrzenie :D

Violianka pisze...

Dziś dowiadywałam się jakie szanse ma Hania na przedszkole publiczne i okazuje się, że musimy poczekać jeszcze 6 miesięcy....więc czeka nas nadal zaciskanie pasa, bo te super warunki niestety słono kosztują.


PS. Dzięki, mówią, że oczy ma po mamie :)

Zuzanna Nikt pisze...

Chyba staję się powoli Twoją fanką. Dzięki za temat "Tetry". Nie wiem z jakiego powodu się na takie pieluszki zdecydowaliście, ale jedno wiem na pewno - dzięki."
Rodzice współczesnych dzieci nawet nie wiedzą jaką czasem krzywdę robią dzieciom owijając je w "pampersy".
Co prawda własnych dzieci jeszcze nie mam ale miałam okazję mieszkać i pomagać przy wychowaniu prawie o 20 lat młodszej siostry. Na dodatek moja mama jest dyrektorem przedszkola w którym także do tej pory - kiedy wracam w rodzinne strony - pomagam.

Zauważyłam że bardzo dużo dzieci 3-letnich i nawet starszych chodzi do przedszkola w pieluszkach, ba niektóre nawet boją się toalety. Zaczęłam się zastanawiać jak to jest: za moich czasów (mam 26 lat) w przedszkolu nie było dzieci z pieluszkami - a już na pewno nie takich "starych". Winę za to ponoszą pampersy. W dobie prania pieluch rodzic nie chcąc narażać się na dodatkową pracę (pranie pieluszek) uczył dziecko siusiać do nocnika jak tylko zaczynało siadać. Więc jak tylko przyszła pora letnia to dziecko latało bez pieluchy i wiedziało że jest coś nie tak jak nagle ma mokre ubranko - no i po takim "lecie próby" spokojnie szło do przedszkola od września w majtkach zamiast w pieluszce.

Jak jest teraz? Uczenie dzieci zeszło na dalszy plan bo robią to tylko rodzice bardziej świadomi. Pampersy są na tyle wygodne że pomimo ceny (a wiem jaki to duży wydatek) i negatywnego aspektu ekologicznego (o którym i tak prawie nikt nie pomyśli) dla rodziców mają największą korzyść - jednorazowość i łatwość obsługi. Po co się w takim razie wysilać i uczyć dziecko - skoro "samo do tego dojdzie", a jak dojdzie za późno? A dzieci potrafią być okrutne - rodzice nawet nie zdają sobie sprawy jak takie maluchy mogą się z siebie śmiać, a tak jest jak już nie takie maleństwo odstaje od bez-pieluszkowego towarzystwa.

Więc apeluję czytelniczki :) Jeżeli nie przemawia do was terror ekologiczny związany z pampersami to zróbcie coś dla dzieci (i przy okazji dla świata): DZIECI NA NOCNIKI!

Aneczka pisze...

Hej, kiedy nowy wpis na blgu? Na instagramie tez ostatnio nic nie wrzucasz.

Violianka pisze...

Hej, jestem, jestem. Tylko troszkę się w moim życiu ostatnio zawirowało i nie wiem od czego zacząć.... napiszę, obiecuję jeszcze w tym tygodniu, będzie to wpis o tym jak "oswoiliśmy" AZS Hani. Pozdrawiam!!

Aneczka pisze...

Cześć, widziałam na Insta piękny bukiet od męża - na rocznicę, my też za 2 tygodnie obchodzimy swoją - czwartą. Robicie sobie prezenty?Pozdrawiam :-)

Violianka pisze...

Aneczko, to czy sobie robimy prezenty to zależy od czasu i pieniędzy, akurat w tym roku inne sprawy nas pochłonęły dlatego były tylko kwiaty i czekoladki.