06.10.2013

Radujmy się! ...w Kościele



Długo zastanawiałam się czy napisać takiego posta. Chciałam podzielić się swoją radością. Tak. W końcu zdecydowałam się, że zrobię to. Napiszę na blogu recenzję - o moim Kościele.

Temat wiary i kościoła na blogach parentingowych, do których niewątpliwie mój się zalicza, nie jest zbytnio popularny. Mamuśki rozpisują się o przygotowaniach do Chrztu Świętego, o tym gdzie załatwiły catering, albo w której restauracji odbyło się przyjęcie po Mszy i na ile osób. Obowiązkowo zamieszczane są zdjęcia prezentów od przyjaciół i rodziny. Nie mówię, że to źle. Bardzo lubię oglądać takie posty i zdjęcia z cudzych Chrztów.

violianka

W niedzielę, dzień święty, który powinniśmy spędzać inaczej, niż pozostałe dni w tygodniu, jest czas i odpowiedni nastrój na takie przemyślenia. Raczej nie należałam (może nadal nie należę...) do osób mocno rozmodlonych i regularnie chodzących do kościoła. Jako nastolatka miałam kilka przygód z zespołami muzycznymi grającymi podczas nabożeństw (grałam w scholce w mojej parafii, kiedy jeszcze nie było dużego kościoła, a Msze odbywały się w dużej sali - w kaplicy, grałam kilka miesięcy w zespole, który przygrywał w parafii Najświętszego Serca Jezusowego w Lublinie), poszłam po 7 klasie na pielgrzymkę do Częstochowy... 

Wtedy nie myślałam o sprawach duchowych i o tym co mi daje Bóg. Ile dobra na co dzień mam dzięki Niemu. Moje spotkanie z Jezusem miało nastąpić wiele lat później.  

violianka

Pierwsze powroty zaczęły się pod koniec roku 2010. Po błyskawicznym rozstaniu ze starym życiem nastąpiło parę tygodni żałoby po dawnej mnie. Wpadałam w melancholię, która sprzyja myślom o siłach wyższych. Był to czas niepokoju o własną przyszłość, czas uzmysławiania sobie, czego tak naprawdę oczekuję od życia. 

Kolejny raz spotkałam się z Bogiem podczas przygotowań do naszego ślubu kościelnego, który odbył się w lipcu 2012 roku. Nauki przedmałżeńskie odbywaliśmy w kościele p.w. Świętej Agnieszki w Lublinie. Razem z M bardzo wiele zyskaliśmy dzięki tamtym spotkaniom. Myślę, że zbliżyliśmy się nie tylko do siebie, ale i do Pana Boga najbardziej wtedy, gdy doświadczyliśmy świadectwa innych ludzi, małżeństw z kilku i kilkunastoletnim stażem. Ich słowa były dla nas wielką inspiracją.

Kiedy pod koniec zeszłego roku w mojej rodzinie działo się źle, a ja byłam już wtedy w dość zaawansowanej ciąży usłyszałam wewnętrzny głos, który mówił, żebym zaufała Najwyższemu. Znowu zaczęłam częściej pojawiać się na nabożeństwach i nawet mój M zaczął na nie ze mną chodzić.  Nie mam złudzeń. Wiem, że z miłości do mnie przełamywał swoją niechęć i towarzyszył mi bardziej z obowiązku, niż z potrzeby ducha. A jednak.

violianka

Przyjście na świat naszej córeczki było dla nas wielkim przeżyciem, także duchowym. Nie mam żadnych wątpliwości, że wtedy, na sali porodowej nie byliśmy sami. Wiem, bo czułam moc, o którą prosiłam. Nie zawiodłam się. Bo na Bogu nigdy się nie zawodzę. 

Teraz we trójkę pojawiamy się na niedzielnej Mszy. Mamy szczęście należeć do wspaniałej wspólnoty - od kilku już lat naszą parafią Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny kierują ludzie prawdziwie oddani boskiej sprawie. I to się czuje. Kiedy jeszcze kilka miesięcy temu, podczas nabożeństwa kapłan wzywał wiernych zgromadzonych w kościele do uniesienia rąk podczas modlitwy, niewielu odważyło się wykonać ten znaczący gest. A dziś? Dziś cały kościół unosi w górę ręce na znak oddania swego życia Panu. To tylko jeden z wielu efektów konsekwentnego działania księży i osób zaangażowanych w życie parafii. 

Kiedy śpiewają Promyczki - schola parafialna, można o dziwo! zauważyć uśmiechy na twarzach ludzi!  Niekiedy śpiewem porywają wiernych do (prawie) tańca - byłam świadkiem jak ludzie w kościele ożywili się, można było zauważyć minimalne ruchy bioder, ktoś klaskał... Wiem, że trudno w to uwierzyć, że TAKIE rzeczy, w polskim kościele. A jednak. Mnie, jako muzyka z zawodu, najbardziej cieszy to, że w naszym kościele mamy naprawdę świetną organistkę, a podczas Mszy dla dzieci o 11:00 można usłyszeć cudowną wiolonczelistkę Zuzię i jej równie utalentowaną koleżankę skrzypaczkę! 

parafia niepokalanego poczęcia, najświętszej maryi panny, NMP

Po każdej Mszy Świętej wracam do domu naładowana pozytywną energią, uśmiecham się do obcych ludzi mijanych na ulicy, wiem, że kolejne dni będą wypełnione szczęściem. I dziękuję Bogu za to szczęście. Nie tylko w niedzielę.

7 komentarzy:

córka pisze...

nie lubię wypowiadać się na temat wiary.
pozostawię ten post bez innego komentarza.

Małgorzata Siudem pisze...

Cieszę sie, że o tym piszesz. Jest to autentyczne i dojrzałe.

Wypaplani pisze...

Temat wiary tak samo jak temat szczepień. Ile ludzi tyle opinii i zdań ;)

Aneta Sawicka pisze...

o proszę, kościół Najświętszego Serca Jezusowego to parafia, do której należałam 15 lat i nadal tam należą moi rodzice!
Bardzo fajny post, powiem szczerze,że skłonił mnie do przemyślenia pewnych rzeczy na temat mojej wiary, którą mocno zaniedbałam.

Violianka pisze...

Ja zdałam sobie sprawę z tego, że ostatecznością jest kiedy do Boga wracamy po jakimś traumatycznym wydarzeniu, po jakiejś tragedii. A przecież najczęściej tak właśnie bywa. Ja na odwrót, odczułam Jego działanie kiedy wydarzyło się dużo dobra w moim życiu, kiedy spotkałam mojego M, kiedy wszystko potoczyło się tak jak o to prosiliśmy, kiedy dostałam piękną i zdrową córę... Nie wolno czekać do momentu kiedy czasem bywa za późno, kiedy naprawdę prosi się już tylko o CUD.

Anonimowy pisze...

Mnie zawsze dziwiło, że są parafie, w których dzieci nie tańczą i nie śpiewają podczas nabożeństwa :)
Trudno się im wtedy dziwić, że nie chcą pójść do kościoła, bo do anstrakcji jeszcze nie dojrzały, a stać w mejscu? Kilku letnie dziecko zbyt długo nie wytrzyma. Rodzice niepotrzebnie się złoszczą na te małe rozbiegane 'robaczki'. One się tak modlą:)

Skikolka

tynka pisze...

pozytywnie :)